Translate

poniedziałek, 4 października 2010

Niezależne domostwo dla uzależnionych




W Ośrodku Leczenia Uzależnień od Środków Psychoaktywnych „San Damiano”, prowadzonym przez zakonników z Klasztoru Franciszkanów w Chęcinach k. Kielc, leczy się ok. 20 narkomanów z całej Polski. Mirek z wioski na Podkarpaciu dojrzewał aż 3 lata do tego, by przybyć tu na leczenie. Rysiek, któremu zostało do zakończenia ośmiomiesięcznej terapii kilka tygodni, o mało co nie został wyrzucony, ale ostatecznie otrzymał szansę, by zacząć terapię od nowa. Zbyszek chciał po detoksie jedynie trochę się odkuć zdrowotnie i wyjechać. Okazało się, że zwyciężył swój nałóg i został nawet terapeutą we franciszkańskim ośrodku.
Trzy lata dojrzewał do walki z samym sobą
1. Krok za krokiem krok
przez życie trudno iść.
Jaki był ten dzień.
Czy odkryłeś sens.
(Hymn „San Damiano”)
Mirek ma 28 lat. O „San Damiano” dowiedział się w 2004 r. – Na początku miałem totalny opór i bunt. Żeby tu dotrzeć, dojrzewałem trzy lata. Przyszedł moment, że narzeczona mnie wypchnęła, i mimo niechęci, przyszedłem tutaj. Byłem wtedy w ciągu. Gdzieś też przyświecała mi także myśl, że dam sobie szansę tym razem. Przyszedłem tutaj na wielkim kacu. Dzień wcześniej jeszcze się upijałem i zażywałem narkotyki. Po przyjściu tutaj musiałem odstawić wszystko, nawet leki, które zażywałem. Jest to inwestycja w całe moje życie. Chcę mieć rodzinę, żonę. Chcę być ojcem. I wierzę w to, że uda mi się tu tego dokonać – opowiada.
Na opalonej twarzy rysuje się ból, gdy opowiada o sobie i swojej walce. Z trudem wydobywa z siebie słowa. Długo waży w sobie zdania, które ma wypowiedzieć. Ich składnia i słownictwo medyczne przypominają echo rozmów z terapeutą. (Jest to charakterystyczne dla wszystkich pozostałych rozmówców).
– Tutaj przeżywam to, z czym nie radziłem sobie na zewnątrz: zażywanie narkotyków, wszelkie porażki w uczuciach, emocjach i niepowodzenia. Tutaj konfrontuję się z tym, co wcześniej popychało mnie do brania i picia – relacjonuje swoje problemy.
Skończył zawodówkę, potem poszedł do technikum. Z technikum wyleciał za narkotyki. Ostatecznie udało mu się zrobić liceum. Chciał pójść na studia, ale nie wyszło. Mieszka w wiosce, wychował się w blokowisku, w miasteczku na Podkarpaciu.
– Z alkoholem miałem styczność od dziecka. Ojciec był lekarzem, matka była szefową kuchni. Alkohol piłem, bo chciałem zaimponować rówieśnikom. Narkotyki brałem, bo szukałem odlotu. Bardzo mnie to interesowało, jak to jest po zażyciu. W ogóle, to ja byłem miksem odlotowym. Nie brałem tylko heroiny – wspomina.
Po śmieci rodziców trafił do rodziny zastępczej, gdzie było bardzo dużo przemocy. Za wszystko był karany. Opiekowali się nim: szwagier i siostra. Miał wtedy 13 lat. Doświadczył, jak mówi, przemocy fizycznej, psychicznej, a nawet seksualnej. Narkotyki dawały mu radość i odlatywał w inny świat. Na początku było bardzo przyjemnie. O „San Damiano” usłyszał od przyjaciółki – pielęgniarki ze szpitala psychiatrycznego.
– Powiedziała mi: słuchaj, Mirek, jest tak ośrodek, który prowadzą franciszkanie. Jesteś wierzącym. Będziesz się w nim mógł rozwijać, będziesz mógł pracować. Terapia. Coś dla ciebie. Masz szansę. Na te słowa zareagowałem buntem. Pewnie. Chcą zamknąć mnie w ośrodku i mieć ode mnie spokój – wraca pamięcią.
Usamodzielnił się nieoczekiwanie dzięki policji. Pewnego dnia wpadł w ich ręce z powodu narkotyków. Po wyjściu z aresztu drzwi do dotychczasowego domu zastał zamknięte i pół roku tułał się po świecie, nocując gdzie popadnie. Ale w końcu udało mu się dogadać z lokatorami zamieszkującymi jego rodzinny dom, że do czasu, aż wygaśnie ich umowa, będzie mógł zamieszkać w jednym pokoju. I udało się. Gdy odzyskał cały dom, przez ciągłe libacje doprowadził go prawie do ruiny.
- Do Chęcin przyjechałem z narzeczoną i jej kuzynką. Przyjechała ze mną, bo bała się, że mogę uciec. Ja też potrzebowałem kogoś bliskiego, bo czułem się wyczerpany. Detoksów było wcześniej bardzo dużo. Ale tu, w Chęcinach, zrobiłem cięcie chirurgiczne. Odciąłem się od wszystkiego - opowiada.
Uderzyła go bardzo spokojna atmosfera. Sama przyjęciówka była szokiem dla niego, bo jeszcze chciał porozmawiać z Magdą i zapalić papierosa. A tu słowo – chodź! Było ciężko, ale poszedł. Bał się, czy społeczność go przyjmie. Leczyło się wówczas 12 osób.
Pierwsza rozmowa z terapeutą pozytywnie go poruszyła. Cały czas miał wrażenie, że go nie przyjmą. Terapeuta Grzegorz odczytał to, co w nim naprawdę siedzi. Od samego początku czuł do niego szacunek i wielki respekt. Zaczął się dzięki postawie terapeuty otwierać. Wprowadził go w terapię.
– Drugi ważny dla mnie moment pobytu to rozmowa z psychiatrą. Na początku myślałem, że rozmawiam z jakąś pielęgniarką, terapeutką. Dopiero później dowiedziałem się, że jest to pani doktor psychiatra, a właściwie, że jest to także bezhabitowa siostra Kasia. Przyjęła mnie z uśmiechem, z szacunkiem i nie tworzyła żadnych barier między nami. Zwierzyłem się ze swoich podejrzeń, że mogę borykać się z problemem opętania, zniewolenia. Nie wyśmiała mnie, wysłuchała uważnie. Potem, na wieczorku biblijnym, bardzo uważnie mnie obserwowała. Zaraz potem przyszedł do mnie egzorcysta i odprawił egzorcyzmy – cofa się myślą.
Na przejściówce podjął decyzję, że będzie się leczył i został. Teraz, w końcówce Nowicjatu, jest na etapie pisania autoprezentacji. Za kilka dni trafi na Domownika. W autoprezentacji opisuje całe moje życie, czyli to, kim jest on i jaka była jego rodzina oraz jacy koledzy szkolni. Zaczęło wychodzić to, co przed sobą ukrywał lub o czym zapomniał.
– Przebaczenie jest tu priorytetem, szczególnie ran zadanych przez bliskich. Jeszcze mam złość do tego, co mnie dotknęło i poczucie wstydu. Wspominałem ojca, który stoczył się, jako alkoholik. Widziałem siebie, myślącego i postępującego, jak ojciec. Przeżywam to jeszcze raz, jak żeśmy się staczali. Ja ojcu przebaczyłem. Sobie też potrafię przebaczyć, ale nie mogę ran zapomnieć. Ta prezentacja przełoży się na proces leczenia. Moim terapeutą jest ojciec Paweł. Wiem, że muszę jeszcze raz to przeżyć, ale tak jak należy – deklaruje.
Jest mu tu bardzo ciężko. Pokonuje potrzebę brania, ból i informacje zwrotne tzw. pociski od członków społeczności. Ćwiczy pokorę.
– Zaczynam się liczyć z ludźmi, słucham głosu ludzi. U nas na temat „pocisku”, czyli informacji zwrotnej mówi się: „Przyjmij informację, nie odbijaj, nie odtłumaczaj, wysłuchaj, przemyśl”. Niekoniecznie musi być trafna. Ważne, by nie odbijać tej samej „piłeczki” – wyjaśnia.
-Obecnie jestem kaowcem. Funkcja ta polega na planowaniu zapełnienia czasu członkom społeczności. Czasami słyszę bardzo ciężkie zarzuty, że nie potrafię tego robić, albo, że jestem jak gestapowiec - dodaje.
W Domostwie przyjęto zasadę, że m.in. za przeklinanie lub inne naganne zachowania, stosuje sie różnego rodzaju dociążenia. Najczęściej są nimi pompki. Ale zdarza się, że jeśli coś nie gra, to robią także „kółka” wokoło klasztoru. Jedno „kółko” to 250 metrów. Za to przykładowo, że ktoś nie posprzątał toalety po sobie, cała społeczność musiała kiedyś zrobić nawet ponad 30 „kółek”, bo nie było winnego. I dodatkowe zadano jeszcze dodatkowe dociążenie, że każdy po każdym musiał odbierać toaletę, czyli musiał sprawdzać, czy zostawił po sobie porządek.
– Nie miałem ciężkich dociążeń. Za to, że pogroziłem koledze, bo mnie zdenerwował, musiałem zrobić 40 „kółek” i trzy dni „Okinawy”. „Okinawa” to takie ćwiczenie, w którym robi się w ciągu jednego dnia 225 pompek oraz tyle samo przysiadów i podskoków przez trzy dni.
- Teraz przede mną plan leczenia, wyrabianie pokory, zmaganie się. Myślę, że dopiero drugi etap terapii może zdecydować, co będę robił w życiu. Plan mam taki, żeby się ożenić, wyremontować dom rodzinny i wynająć go. Mam z Magdą kontakt listowny. Widzę, ile krzywd zrobiłem jej. Widzę jak ona się męczy. Jest ona wsparciem dla mnie. Kochamy się.
Samobójcza przepustka – jeszcze jedna szansa
2. Walczysz z tym, co dręczy cię
czasem brakuje sił.
Trzeźwo spojrzeć komuś w twarz
To wyzwanie dnia.
Dwudziestotrzyletni Rysiek z dużego miasta w województwie małopolskim przybył do „San Damiano” w styczniu br. Przeszedł wszystkie etapy. Był już na Domowniku. Na kilka tygodni przed ukończeniem terapii społeczność wyraziła swoją negatywną opinię o leczeniu Ryśka. Zgłoszono go, aby wyjechał na tzw. samobójczą przepustkę do domu. Chodziło o to, by sobie przemyślał swoje postępowanie i cały proces leczenia. Dostał szansę. – Jeśli przemyślisz i zrozumiesz swoje błędy, to możesz wrócić. Jeśli uznasz, że wszystko było ok.!, to już tu nie wracaj – usłyszał. Był szczęściarzem, bo w takich sytuacjach społeczność była bezwzględna wobec innych osób i wyrzucała ich bez możliwości powrotu.
– Musiałem wyjechać na przepustkę samobójczą, bo doszło do tego, że sobie nie radziłem ze sobą i tego nie dostrzegłem. Starałem się przypodobać terapeutom i całej społeczności. Poszedłem w techniczne działanie, a nie pracowałem nad sobą. Kłamałem w swoich planach zadaniowych. Zamiast szukać u siebie deficytów, wybierałem to, w czym byłem mocny. Ponadto odizolowałem się od społeczności. Wynosiłem się nad nią – wyjaśnia.
– Pojechałem do domu jednak z myślą, że wrócę. Po trzech dniach zaczęły się pojawiać myśli, żeby jednak nie wracać. Przestraszyłem się, że mogę wrócić do kolegów i do brania, i wróciłem szybciej niż przewiduje regulamin. Dostałem szansę, by zacząć terapię od początku – dodaje.
Rysiek skończył LO. Próbował zdawać na studia. Uczył się w policealnej szkole farmacji. Brał marihuanę, amfetaminę i ekstazy. Sam szukał ośrodka i „San Damiano” znalazł w internecie. Po długich problemach z narkotykami nastąpił moment, w którym się obudził.
– Bralem od 14. roku. Na początku okazyjnie. Po 2-3 latach zaczęły się ciągi. Zdarzało się, że nawet rok czasu miałem przerwy. Decyzję o leczeniu w Chęcinach podjąłem sam. Ojciec mówił, że sobie nie poradzę. Próbowałem chodzić na godzinne terapie w moim mieście. Ale kończyły się tylko pokrzyczeniem sobie, i tyle. Przybyłem zimą tego roku. Zaraz zostałem wciągnięty w wir pracy, w odśnieżanie. Podobała mi się forma tzw. informacji zwrotnych od ludzi, jak nas postrzegali. I to mnie zafascynowało. Zafascynowały mnie wartości franciszkańskie: praca, szczerość, poszanowanie ludzi i zwierząt – opowiada.
W swej autoprezentacji wraca do początków brania. Był dobrym dzieckiem, bardzo dobrym uczniem w podstawówce. W gimnazjum także, ale tylko w pierwszej klasie. Potem było już tylko gorzej. Pod koniec pierwszej klasy zrodziły się głupie pomysły, by zapalić, napić się alkoholu, spróbować marihuany.
– Przełomem był moment, kiedy zostałem okradziony z bluzy i innych rzeczy osobistych. Powiedziałem o tym rodzicom. Specjalnie się tym nie przejęli. Ale wtedy obiecałem sobie, że już nigdy sobie na to nie pozwolę, żeby mnie ktoś okradł. Zacząłem szukać towarzystwa właśnie wśród ludzi z ulicy, którzy dawali mi bezpieczeństwo. Ale ceną było branie narkotyków. Picie alkoholu. Wagarowałem, ale uczyłem się dobrze – wraca pamięcią.
Dużo mówi o swoich słabościach. Zwłaszcza o tym, że łatwo nim manipulować, że łatwo poddaje sie grupie, że, że…
– To były główne powody samobójczej przepustki. Teraz zmieniam to. Zupełnie inaczej podchodzę do życia i mam dobre sygnały, że idę do przodu i w dobrym kierunku. Muszę pracować nad swoim zdaniem, nad pewnością siebie. Chcę pokazywać siebie, takim, jakim jestem, a nie takim, jakim chcę, by mnie ludzie widzieli – wyznaje.
Po ukończonej terapii chciałby się osiedlić w Kielcach, podjąć pracę i studia. Chce łagodnie wejść w to życie. Na taki plan zgadzają się zarówno terapeuta, jak i rodzina, która chce, by wrócił do rodzinnego miasta. Rysiek jednak pragnie mieć dalsze wsparcie franciszkanów.
Pokonał nałóg i został nawet terapeutą
3. San Damiano to otwarte drzwi
dla każdego z nas.
Chwyć się jego sznura
Wyrusz najwyższy już czas.
Trzydziestoletni Zbyszek z południowo-wschodniej Polski, heroinista, miał konflikty z prawem. Trafił do „San Damiano” w okresie, kiedy program terapeutyczny był inny, w stylu starego Monaru. Było to półtora roku terapii typowo behawioralnej, poznawczej i dobrego treningu umiejętności społecznych. Przede wszystkim pracy i psychoterapii grupowej.
Wszystko miał zaburzone. Z powodu brania narkotyków był poza odpowiedzialnością, zdolnością racjonalnego myślenia, przewidywania konsekwencji swojego postępowania i nawiązywania zdrowych relacji społecznych w grupie. Wszystko w jego życiu obracało się wokół narkotyków. Spał w noclegowniach, na dworcach, a nawet w kanałach.
Przyjechał do Chęcin całkowicie wyczerpany. Chciał po detoksie trochę się odkuć zdrowotnie, ale podchodził do tego z dużą rezerwą. I nie bardzo było wiadomo, co tak naprawdę będzie się działo w jego życiu. Miał bardzo dużo porażek życiowych. Był bardzo zamknięty w sobie i skryty. Porażki polegały z jednej strony na konfliktach w społeczności, z drugiej – na nieumiejętności organizowania zlecanych mu zadań. Wielu rzeczy nie potrafił przewidzieć.
Przykładem była nieumiejętność gospodarowania pieniędzmi. Gdy był szefem kuchni, pojechał na zakupy i tak to zrobili, że później brakło na chleb. Nie wziął poprawki na to, że musi zostawić pewną pulę pieniędzy, by codziennie rano kupić chleb. Pulę dostawał na tydzień. Społeczność go jednak za to nie ukrzyżowała.
– Miałem 14 lat i byłem bardzo ciekawy, jak to jest po narkotykach. Sporo o tym czytałem. Ciągnęło mnie do narkomanów, bo byli wyzwoleni. Ojciec był wtedy za granicą, pieniądze w domu nie stanowiły większego problemu. Początkowo nikt się nie domyślał – wspomina.
Po szkole zawodowej trochę pracował. Kilka razy zawalił technikum. Zbiegło się to z tym, że zaczął brać heroinę dożylnie. Jak każdy narkoman, opanował do perfekcji kamuflaż. Potrafił kłamać w żywe oczy bez zmrużenia powieki, nawet wtedy, gdy matka znalazła narkotyki. – To nie moje – przekonywałem mamę. I zazwyczaj udawało mi się ją skutecznie okłamać – wyznaje. Późne powroty do domu, brak kontaktu, zmienne nastroje, zamykanie się w swoim pokoju, znikające pieniądze – to wszystko stawało się normą.
W końcu wydało się, że jest zaawansowanym narkomanem. Matka organizowała mu detoksy i pobyt w ośrodkach południowo-wschodniej Polski. On w zamian nie starał się o pracę, okradał rodzinę i ćpał.
– Rodzice byli bezsilni. Ja też nie panowałem nad sobą. Sprzedawałem wszystko, co tylko dało się spieniężyć, aby mieć na ćpanie. Szantażowałem i nawet używałem siły wobec rodziny, by tylko zdobyć pieniądze. Ćpałem ostro. Plątałem się kolo Caritasów w całej Polsce, żeby zdobyć coś do jedzenia – wspomina.
W końcu udało się go przywieźć do Chęcin. Wbrew wszystkiemu zaczął wychodzić z nałogu. Zadziwieni byli sami zakonnicy. Najbardziej krytyczny moment jego życia i leczenia przeżyli wraz z nim wszyscy. Otóż w trakcie terapii, pewnego dnia przyjechali do klasztoru stróże prawa, by zabrać go do aresztu za to, że ukradł w markecie paczkę wegety za 15 zł. Odsiedział 3 miesiące. Wytrzymał. Nie załamał się. Zrozumiał, że odpuszczenie grzechów przez Boga i zadana pokuta, to jedno, a drugie - za czyn przestępczy też należy ponieść odpowiedzialność, w tym wypadku karę wyznaczoną przez sąd. Po wyjściu zza murów więziennych trafił ponownie za mury klasztorne, by ostatecznie pokonać nałóg i… pozostać za nimi już, jako terapeuta. Mieszka we własnym mieszkaniu wraz z żoną, niedaleko Chęcin.
Wszyscy są dumni ze Zbyszka. I franciszkanie, i terapeuci, i koledzy uzależnieni od narkotyków. Jest on teraz żywym przykładem i inspiracją dla innych narkomanów, że można wyjść i żyć normalnie. No, prawie normalnie.
W duchu franciszkańskim
Kiedy serce pod pachą mocno ściskasz.
Kiedy myślisz – jestem już bez szans.
Nie bój się ja poprowadzę ciebie.
Uwierz w siebie zaufaj podaj rękę
przecież możesz lepiej żyć.
(Refren „San Damiano”)
– Większość historii osób uzależnionych od narkotyków, wchodzących przez klasztorną bramę jest taka sama. Różnią się jedynie indywidualnymi przeżyciami. Większość problemów tych ludzi jest do siebie podobna: konflikty z prawem, porwane relacje rodzinne, z rodzicami, żoną, współmałżonkiem. Przybywa ich tu wielu. Tych, którzy wychodzą z uzależnienia, jest natomiast niewielu. Ich sukces jest świętem całej społeczności, franciszkanów i mieszkańców Chęcin – opowiada o. Tomasz Pawlik, terapeuta i duszpasterz narkomanów „San Damiano”.
To, że ośrodek umiejscowiony jest na terenie klasztoru, już wprowadza w określony klimat. Dla zakonnika fakt, że mieszka niemalże w kościele nie jest niczym nadzwyczajnym. I jest to dla niego chleb powszedni. Z tego, co mówią leczący się tu narkomani, to miejsce klasztorne ma dla nich szczególny charakter. Fakt, że jest klasztor i są tu zakonnicy odbierają na dość głębokim poziomie duchowym, fascynacji, tajemnicy i czują duchowy respekt przed franciszkanami. Ważne jest dla nich miejsce, w którym nie musi się za wiele dziać, ale wystarczy, że ono jest. Ośrodek ma swoje logo, flagę, herb i hymn.
– Przyjęliśmy, że ośrodek ma franciszkański charakter i zbudowany jest na wartościach franciszkańskich, czyli życzliwości, poszanowaniu drugiego człowieka, gościnności. Na różnych poziomach i wymiarach ich życia jesteśmy obecni – wyjaśnia o. Pawlik.
Terapia jest prowadzona w trybie stacjonarnym: podejmujący leczenie przez cały czas mieszkają na terenie Domostwa. Jest ona długoterminowa – pełny cykl terapeutyczny trwa 18 miesięcy.
Liczba miejsc w ośrodku przewidziana jest na 20 osób pełnoletnich; mężczyzn i kobiet w wieku 18–28 lat. Orientacja religijna uzależnionych nie ma znaczenia; osoby przyjmowane są dobrowolnie, warunkiem jest jednak zaakceptowanie przez nich franciszkańskiego charakteru „San Damiano” i wartości tu promowanych. Osoby przyjmowane są na terapię po uprzedniej detoksykacji (odtruciu) lub po okresie dwutygodniowej abstynencji od narkotyków, wcześniejszym zgłoszeniu chęci podjęcia leczenia (wpis do księgi pacjentów oczekujących i umówienie terminu przyjazdu). Jedynym dokumentem wymaganym jest dowód osobisty.
Każda osoba uzależniona ma zapewnione prawo do wolności religijnej. Chrześcijanie mogą w czasie terapii rozwijać swoją relację z Bogiem, natomiast uzależnieni innych wyznań lub niewierzący przez udział w praktykach o charakterze religijnym mogą osiągnąć ważne cele terapeutyczne: codzienna modlitwa i medytacja służą podejmowaniu refleksji nad sensem własnego leczenia i życia; niedzielna Eucharystia organizowana i prowadzona przez mieszkańców ośrodka jest czasem, kiedy pacjenci integrują się z lokalną społecznością, przełamują bariery i lęki przed publicznym wystąpieniem. Msza św. jest sprawowana w intencjach społeczności oraz za dobrodziejów Domostwa, społeczność zbiera ofiary na tej Mszy św., przeznaczając je na wcześniej ustalone cele.
Pacjenci pełnią różnorodne funkcje w ośrodku. Kierownik SOD, inaczej Sodowiec (Służba Ochrony Domostwa) sprawdza m.in., czy ktoś w społeczności nie złamał abstynencji i czuwa nad bezpieczeństwem. Kierownik Pracy, przydziela m.in. codzienne obowiązki i sprowadzający ich wykonanie; Opiekun Domu, dba m.in. o czystość i estetykę w ośrodku i jego obejściu. Szef Kuchni jest odpowiedzialny za czystość na kuchni, planuje jadłospis i zakupy, przygotowuje posiłki. Kulturalno-Oświatowy (Kaowiec) organizuje i planuje czas wolny dla społeczności.
„Program terapii realizowany jest w oparciu o »Model Społeczności Terapeutycznej«. Zasadniczą atmosferą, jaka jest wytworzona w ośrodku, jest klimat domowy (rodzinny) wraz z całą strukturą społeczną. Aby to zaakcentować – do celów terapii ośrodek został nazwany Niezależnym Domostwem „San Damiano” – opowiada terapeutka, Arleta Kempka, kierowniczka ośrodka.
Pacjenci od początku motywowani są przez terapeutów i społeczność do podjęcia zadań terapeutycznych; mają jednak prawo do rezygnacji z leczenia. W sytuacji, kiedy pacjent notorycznie narusza zasady i normy ośrodka lub nie podejmuje zadań związanych z leczeniem, społeczność terapeutyczna może wnioskować o rozwiązanie kontraktu terapeutycznego. Leczenie i zadania terapeutyczne rozpisane są na poszczególne etapy.
Pierwszy jest Obserwator
Czas jego trwania wynosi ok. 2 tygodni. Na tym etapie kandydat na członka społeczności zapoznaje się z elementami terapii w ośrodku, regulaminem, życiem społeczności oraz światem wartości i symboliką Domostwa. Celem tego etapu jest ukształtowanie pierwszej motywacji do podjęcia terapii w ośrodku. W tym czasie społeczność ośrodka poznaje nowego pacjenta, wspiera go w trudach przystosowania się do życia według zasad „San Damiano”. Obserwator otrzymuje swojego terapeutę i opiekuna, tzw. anioła stróża.
Po ok. dwóch tygodniach następuje przyjęciówka. Obserwator przedstawia społeczności swój życiorys. Społeczność podsumowuje jego postawę i starania związane z kontynuacją terapii w „San Damiano”. Jeśli społeczność wyrazi zgodę na przyjęcie, nowy członek podpisuje kontrakt na cały etap Nowicjatu, który trwa około dwóch miesięcy.
Nowicjat jest czasem zaangażowania się w życie Domostwa
Nowicjusz uczy się odrzucać narkomański styl życia. Najważniejszą wartością, jaką powinien ukształtować w sobie, jest uczciwość, która odnosi się do zasad, norm, tradycji Domostwa „San Damiano”. Kształtuje w sobie postawę pokory przejawiającą się w podporządkowaniu się decyzjom społeczności oraz w rzetelnym wykonywaniu obowiązków. W tym czasie osoba powinna nauczyć się przyjmować informacje oraz udzielać ich innym. Nowicjusz stara się o uzyskanie prawa głosu, co sprawia, że może podejmować ważne dla Domostwa decyzje.
Przejście na Domownika następuje po uzyskaniu zgody społeczności. Kandydat musi podpisać kontrakt na kolejny etap. Temu wydarzeniu towarzyszy ceremonia Mszy św. z udziałem mieszkańców Chęcin, sprawowanej w intencji nowego Domownika „San Damiano”.
Domownik stara się żyć wartościami „San Damiano”
Ma szczególny przywilej i zadanie być opiekunem Obserwatora. Zwraca uwagę na kształtowanie więzi i relacji z członkami Domostwa. Domownik rozpoczyna pracę nad relacjami z rodziną, wyjeżdża na przepustki, ma możliwość podjęcia nauki szkolnej, kursów zawodowych oraz ma możliwość podejmowania pracy. Celem etapu jest integracja ze społecznością Domostwa „San Damiano” oraz konfrontacja z życiem poza ośrodkiem. Etap ten trwa od 4 do 7 miesięcy. W jego trakcie uczy się odpowiedzialności: podejmuje decyzje i ponosi ich konsekwencje, egzekwuje u innych wykonywanie funkcji i zadań, dba o Domostwo i członków społeczności, można samodzielnie wychodzić poza obręb ośrodka, można podjąć pracę i zarządzać własnymi funduszami w związku z realizacją planu leczenia. Można na tym etapie zakończyć także leczenie, albo przejść na kolejny etap – Twórcy.
Następuje to po uzyskaniu zgody społeczności. Kandydat podpisuje kontrakt na etap Twórcy. Temu wydarzeniu towarzyszy ceremonia Mszy św. sprawowanej w intencji nowego Twórcy. Na zakończenie Mszy św. następuje uroczysty wpis do „Księgi Dokonań”.
Twórca w znacznym stopniu żyje wartościami „San Damiano”
Posiada i pogłębia wiedzę o własnej osobowości, jest zdolny do wglądu wewnętrznego, kreuje swoje zainteresowania i życie duchowe. Uczy się życia poza ośrodkiem, stara się podejmować podstawowe role społeczne.
– Na tym etapie nabywa umiejętności radzenia sobie z nawrotami choroby, kontynuuje budowanie relacji z najbliższą rodziną. Celem etapu jest także aktywizacja zawodowa. Aby rozpocząć terapię na etapie Twórcy, Domownik zobowiązany jest do stworzenia wspólnie z terapeutą Indywidualnego Planu Terapii, który przedstawia społeczności głównej. Społeczność ma wgląd w realizację IPT poprzez szczegółowe plany zadań sporządzane przez pacjenta. Etap ten trwa od 4 do 8 m-cy. Czas trwania programu ustalany jest indywidualnie z każdym pacjentem w zależności od Osobistego Planu Terapii – wyjaśnia terapeuta Arleta Kempka.
Twórca pełni funkcję opiekuna pacjentów pierwszego etapu, poprzez co realizuje postulaty filozofii społeczności terapeutycznej. Może podjąć funkcje kierownicze, których nie zrealizował na pierwszym etapie. Twórca powinien swoim przykładem promować wartości ośrodka „San Damiano”.
Pod koniec etapu ma możliwość szukania pracy, mieszkania, kontynuacji nauki lub jej rozpoczęcia. W czasie wolnym uczestniczy w planie dnia społeczności „San Damiano”. Pretendent jest propagatorem wartości „San Damiano”, przykładem dla pozostałych członków społeczności. Na tym etapie Twórca kończy leczenie. Temu wydarzeniu towarzyszy ceremonia Mszy św. sprawowanej w jego intencji. Na zakończenie Mszy św. następuje uroczysty wpis do „Księgi Dokonań”.
Status Neofita „San Damiano” może uzyskać pacjent,
który zakończył terapię i po trzech miesiącach samodzielnego i trzeźwego życia poza Domostwem, w tym poza Hostelem „Rivo Torto”, poprosił społeczność o ten przywilej. Nadanie tytułu Neofita „San Damiano” jest uroczystością, którą organizuje społeczność. Neoficie zależy na utrzymywaniu więzi z „San Damiano”; staje się szczególnym gościem Domostwa – zawsze może znaleźć tu dla siebie schronienie. Status Neofity traci się z chwilą powrotu do narkotyków lub braku kontaktu z Domostwem. Można go odzyskać po wyjściu z sytuacji nawrotowej lub po odnowieniu więzi ze społecznością „San Damiano”. Decyduje o tym społeczność.
Foto: Andrzej Piskulak

środa, 10 marca 2010

Dowódca wojsk amerykańskich w Europie modlił się na Świętym Krzyżu

Dowódca wojsk amerykańskich w Europie gen Carter Ham oraz towarzyszący mu oficerowie gościli wczoraj w świętokrzyskim sanktuarium. Po modlitwie otrzymali od superiora klasztoru O. Zygfryda Wiechy OMI błogosławieństwo Relikwią Drzewa Krzyża Świętego Generał od kilku dni przebywał s w Kielcach, gdzie przyglądał się ćwiczeniom polskich żołnierzy, którzy wkrótce wyjadą do Afganistanu. Szkolenie zakończyło się dzisiaj.

We wtorkowe popołudnie Misjonarze Oblaci Maryi Niepokalanej gościli w swym sanktuarium dowódcę armii amerykańskiej w Europie gen. Cartera Hama, gen. Dywizji Williama Enyarda –dowódcę Gwardii Narodowej ST. Illinois oraz dowódcę Wojsk Lądowych gen. dyw. Tadeusza Buka, gen. dyw. Zbigniewa Głowienkę - dowódcę II Korpusu Zmechanizowanego z Krakowa.

- Goście zwiedzali kompleks klasztorny. Z uwagą wysłuchali i zapoznali się z jego historią. Następnie zostali pobłogosławieni Relikwią Drzewa Krzyża Świętego i Ją ucałowali. Zostali też zaproszeni przez superiora klasztoru o. Zygfryda Wiechę OMI na poczęstunek – poinformował mnie o. Dariusz Malajka OMI.

Od 5 marca do dzisiaj odbywały się w Centrum Szkolenia Na Potrzeby Sił Pokojowych na kieleckiej Bukówce ćwiczenia pod kryptonimem: „Bagram 7” sprawdzające przygotowanie siódmej zmiany polskich żołnierzy udających się na misję pokojową do Afganistanu. Wyszkoleni żołnierze otrzymają certyfikat potwierdzający ich profesjonalne wyszkolenie i przygotowanie do misji

Generał Carter Ham przyglądając się ćwiczeniom polskich żołnierzy, którzy wkrótce wyjadą do Afganistanu, szczególnie interesował się z specyfiką szkolenia, w którym wykorzystywane były amerykańskie doświadczenia.

Większość żołnierzy biorąca udział w końcowym egzaminie jest z I Brygady Pancernej z Wesołej k/ Warszawy. Od kwietnia polski kontyngent w Afganistanie będzie liczył 2600 osób. Głównym zadaniem naszych żołnierzy pozostanie szkolenie afgańskiego wojska i policji.

środa, 10 lutego 2010

Kielce: dziewczynka z „Okna życia” wróciła do matki

Dwutygodniowa Agatka jutro po badaniach kontrolnych w kieleckim Wojewódzkim Szpitalu Dziecięcym wypisana będzie do rodzinnego domu. Kielecki Sąd Rodzinny zdecydował dziś, że dziewczynka, która w miniony piątek trafiła do "Okna Życia" wróci do mamy. Ale jest to decyzja tymczasowa.

Dziewczynka pozostanie z matką do czasu, kiedy zakończy się postępowanie o ewentualne ograniczenie władzy rodzicielskiej. Poza tym sąd zdecydował, że rodzina będzie odwiedzana raz w tygodniu przez kuratora sądowego, którego opinia będzie miała wpływ na dalszy los dziecka.

Od siebie:
Dziecko zostało pozostawione w "Oknie życia" w piątek 5 lutego o godz. 16.35. Siostry nazaretanki, które odebrały dziewczynkę nadały jej imię Agata. Natychmiast trafiła do szpitala. Informowałem o tym we wpisie pt. „Kielce: dziewczynka w „Oknie życia”

Następnego dnia zgłosiła się kobieta, która przedstawiła się, jako matka swojej młodej córki, która chciała się pozbyć swojego dziecka. Poinformowała wówczas dyrekcję szpitala oraz ks. Krzysztofa Banasika – zastępcę dyrektora kieleckiej Caritas, że matka porzuconego noworodka była w szoku. Napisałem o tym we wpisie pt. Kielce: babcia chce odzyskać dziecko pozostawione przez jej córkę w "Oknie życia"

W ubiegłym roku 25 marca utworzone zostało przez Caritas diecezji kieleckiej „Okno życia” przy Placu Najświętszej Marii Panny koło Katedry. Poświęcił je wówczas bp. Kazimierz Gurda. (Pisałem we wpisie: Kielce: Caritas otwiera „Okno Życia”) „Oknem życia” opiekują się siostry nazaretanki.

sobota, 6 lutego 2010

Kielce: babcia chce odzyskać dziecko pozostawione przez jej córkę w "Oknie życia"

Do szpitala dziecięcego w Kielcach zgłosiła się babcia dziecka pozostawionego wczoraj w "Oknie życia" na placu Panny Marii. Jak poinformował dzisiaj Radio Kielce ks. Krzysztof Banasik, zastępca dyrektora kieleckiej Caritas, rodzina chce odzyskać dziewczynkę

Kobieta poinformowała, że to jej córka zostawiła swoje dziecko w „Oknie życia”. Jej postępek tłumaczyła tym, że była w szoku. Zapowiedziała , że będzie chciała odzyskać niemowlę i że przekaże je matce.

– Sytuacja trochę się komplikuje, bo trzeba sprawdzić, czy matka będzie mogła pełnić swoje funkcje – powiedział Radiu Kielce ks. Krzysztof Banasik.

Jak poinformowało dzisiaj biuro prasowe świętokrzyskiej policji, dziecko przebywa szpitalu dziecięcym. Po wstępnych badaniach lekarz ustalił stan zdrowia noworodka , jako dobry. Jego wiek określił na około 10 dni. W sprawie niemowlęcia prowadzone jest postępowanie policyjne.

Od siebie:

Jak wczoraj informowałem we wpisie pt. „Kielce: dziewczynka w „Oknie życia” , dziecko zostało pozostawione w "Oknie życia" około godziny 16.35. Siostry nazaretanki, które odebrały dziewczynkę nadały jej imię Agata. Dziecko natychmiast trafiło do szpitala, w którym nadal przebywa.

Trudno w tym momencie komentować tę gorącą informację. Tym bardziej, że sytuacja, w jakiej znalazło się porzucone (podrzucone) niemowlę jest bardzo dynamiczna z wieloma zwrotami akcji.

piątek, 5 lutego 2010

Kielce: dziewczynka w „Oknie życia”

W kieleckim „Oknie życia” dzisiaj popołudniu ktoś porzucił prawie miesięczne zadbane niemowlę. Po wyjęciu go przez siostrę nazaretankę Lucjanę Muchę z torby okazało się, że jest to dziewczynka. Siostry natychmiast nadały jej imię Agata - dzisiejszej patronki. Jest to pierwszy taki przypadek w regionie świętokrzyskim.

W chwilę po znalezieniu niemowlaka przybyła karetka pogotowia ratunkowego. Zdaniem lekarzy, stan zdrowia dziecka jest bardzo dobry. Dziewczynka natychmiast trafiła do jednego z kieleckich szpitali. W ocenie lekarzy dziecko może mieć około 2 do 4 tygodni. Waży ponad 3 kilogramy i czuje się bardzo dobrze. W chwili pozostawienia w „Oknie życia” było bardzo zadbane.

W ubiegłym roku 25 marca utworzone przez Caritas diecezji kieleckiej „Okno życia” Placu Najświętszej Marii Panny koło Katedry poświęcił bp Kazimierz Gurda. (Pisałem we wpisie pt. Kielce: Caritas otwiera „Okno Życia” ) „Oknem życia” opiekują się siostry nazaretanki.


Od siebie:
Mam mieszane uczucia. Gdy patrzę na swojego 5 – letniego Kubusia, to aż mi się serce kroi, gdy przychodzi mi pisać o porzuconych dzieciach. W ubiegłym roku pisałem o zamordowanym i porzuconym niemowlaku w śmietniku na jednam z kieleckich osiedli. Przy okazji przypomniałem wówczas kilka przypadków porzuconych w podobny sposób, martwych noworodków z ostatnich lat w regionie świętokrzyskim. I to jest tragiczne.

Dzisiaj też rozegrała się tragedia, bo matka porzuciła zadbaną bardzo ładną dziewczynkę. Ale podobnie, jak siostry nazaretanki ciszy mnie, że dziecko znalazło opiekę, a nie zostało zamordowane. Podpisuję się pod słowami, które wypowiedziała dziś s. Lucjana: „Jest to wielkie święto”

„Okna życia” są w Kielcach i Sandomierzu. Dzisiejszy przypadek pozostawiania dziecka w „Oknie” jest pierwszym w regionie świętokrzyskim.

niedziela, 10 stycznia 2010

Bardzo cieszy nas, że narciarski Bieg Piastów uznano za Imprezę Masową Roku 2009







Po raz pierwszy w 75 Plebiscycie Przeglądu Sportowego uznano za Imprezą Masową Roku narciarski Bieg Piastów i nagrodzono statuetką jego wieloletniego komandora Juliana Gozdowskiego. Decyzja o uhonorowaniu tej niezwykłej imprezy narciarskiej ucieszyła niejednego miłośnika nart w Polsce.

Od siebie:

Osobiście bardzo się ucieszyłem, gdy zobaczyłem na ekranie swojego telewizora wzruszonego Juliana Gozdowskiego. Ta statuetka należało się temu niezmordowanemu animatorowi narciarstwa biegowego kilka lat temu, a na pewno rok temu, gdy w morderczych warunkach zmagaliśmy się 1 marca 2008 r. na ekstremalnych trasach izerskich.

Tak, tak! Zmagałem się. Od kilku lat bowiem startuję w Biegu Piastów na dystansie 25 km. I co roku otrzymuję od komandora Gozdowskiego dyplom za ukończenie biegu i zajęcie w nim miejsca w grupie 500 zawodników, a także medale i puchary w innych kategoriach. Dlatego wzruszyło mnie wczorajsze uhonorowanie statuetką imprezy Bieg Piastów. Po obrobieniu się z innych obowiązków dziennikarskich, czym prędzej kreślę te uwagi i wspomnienia.

W 2008 r. jednak nie było tradycyjnych dwóch dystansów 25 km i 50 km. Była jedna dla wszystkich 33-kilometrowa wodno-śnieżna trasa. Na pół godziny przed startem nad Polaną Jakuszycką rozszalała się burza z błyskawicami i piorunami. Tuż przed startem gradowo-deszczowa ulewa nagle przekształciła się w śnieżną zadymkę. Jednak wystartowaliśmy. Wszyscy potem mówili, że wtedy to zdarzył się po prostu cud...

- Zawodnicy wystartowali bez śniegu, bez niczego – powiedział komandor Julian Gozdowski dziennikarzom „Sygnałom Dnia” z „Jedynki” Polskiego Radia po zakończeniu zawodów.
W historyczne sobotnie przedpołudnie 1 marca o godz. 10.10 około 2100 zawodników z kilkunastu krajów wyruszyło na 33-kilometrową wodno-śnieżną trasę z Polany Maliszewskiego. Wśród nich ponad 1540 narciarzy zdecydowało się pokonać cały dystans. Razem z nimi biegłem też i ja.

Pozostali posłuchali licznych ostrzeżeń organizatorów, by, jeśli nie czują się na siłach, tylko wystartowali i przebiegli, co najmniej 1 km lub pokonali tzw. „małą pętlę” (ok. 8 km), aby XXXII Bieg Piastów w ten sposób zaliczyć.

Na całej trasie było ślisko i niebezpiecznie. Okazało się, że warto było zainwestować kilkadziesiąt złotych we właściwe smary narciarskie. Odbierając rano swoje wysmarowane „fischery” pozostawione na noc w jednym serwisów narciarskich usłyszałem sugestię, że raczej należałoby wypłynąć na trasy narciarskie... kajakiem. Profesjonalnie nałożony smar wraz z podkładem na tzw. „trzymanie” okazał się zbawienny podczas licznych, trudnych podbiegów.

Z Polany Jakuszyckiej wspinaliśmy się kilkukilometrowym podbiegiem na „Górny Dukt Końskiej Jamy”. Śnieg zalepiał oczy, wichura zatykała oddech i spychała zawodników z trasy. Po zdobyciu szczytu czekał kilkukilometrowy ostry zjazd na polanę, z której wystartowaliśmy. Na jego trasie duże szybkości zostały nieoczekiwanie wytrącone przez strażników, którzy informowali o tym, że trasa popękała z powodu spływających ze szczytu strumieni. Pęknięcia natychmiast zasypywali śniegiem liczni wolontariusze wyposażeni w łopaty.

Na Polanie Maliszewskiego drugi raz już tego dnia była okazja, by podjąć decyzję, czy biec dalej. Organizatorzy bowiem gwarantowali zaliczenie zawodów i medal okolicznościowy. Wystarczyło tylko podjechać do sędziów... Nagle piękne słońce, które na chwilę wychyliło się zza chmur, spowodowało, że tylko nieliczni zrezygnowali. Potężna, kolorowa kolumna narciarska sunęła w milczeniu dalej.

Po przebiegnięciu mostu na Kamiennej skierowaliśmy się na „Waloński Kamień”, a dalej podbiegiem na „Czerwone Skałki”. Stąd płaskim ślizgiem pokonaliśmy trasą „Dzielnych Klapek” i „Niematematyczną” do Ciekonia, gdzie wchodzi ona na „Drogę Kwarcową”. Szybko zjechaliśmy na „Rozdroże pod Cichą Równią”. Dalej w prawo pobiegliśmy „Trasą Kopalni Turów” do „Trasy Elektrowni Turów”. Po przejechaniu „Słonecznej Polany”, doślizgaliśmy się w końcu do punktu żywnościowego na „Cichej Równi”.

Dzięki posiłkowi zjazd przez „Kamienny Kamień”, a następnie „Drogą Jeleniogórską” był istną frajdą. Radość została jednak nagle zastąpiona wysiłkiem i bólem, gdy zaczęliśmy pokonywać kolejne podbiegi. Zjazdy stawały się coraz niebezpieczniejsze już to z powodu wichury i zadymki śnieżnej, już to z powodu rozjeżdżonych torów. Na trasie powstało mnóstwo niebezpiecznych, bo niewidocznych na białym tle, muld śnieżnych. Zjazdy kończyły się licznymi upadkami.

Podczas podbiegów pot zalewał całe ciało. Ramiona i nogi omdlewały. Z pamięci ulatywały poetyckie nazwy wzniesień, podbiegów, zjazdów i atrakcyjnych odcinków tras wkuwane przed zawodami. Warunki atmosferyczne z minutę na minutę stawały się skrajnie trudne: świeży i rozmiękły śnieg, woda pokrywająca narciarski szlak, kałuże, wezbrane potoki, a nawet miejscowe braki śniegu. Cały czas zadymka, chwilami przechodząca w mżawkę.

I wreszcie zdumienie wymieszane z radością, gdy zjechaliśmy po raz drugi z „Duktu Końskiej Jamy” prosto na Polanę Jakuszycką i pętlami na dwukilometrowym odcinku zmierzaliśmy do mety, gdzie czekali sędziowie ze skanerami i piękne dziwaczny z okolicznościowymi medalami. Cieszyło nas również to, że pomimo deszczu, wichury, gradu i zadymki na Polanie Jakuszyckiej dopingowało nas duże grono kibiców.

W ubiegłym roku przebiegłem swoje 25 km. Nie było tak ekstremalnie, jak wyżej opisałem, ale trasa była bardzo wymagająca do tego stopnia, że momentami z powodu bólu każdego skrawka ciała i wysiłku łzy na izerskich szczytach zmieniały się w kropelki lodu, by na dole odtajać i zmienić się radosne krople wody .

Przy okazji tych wspomnień muszę tu dodać, że Bieg Piastów, to nie tylko wspaniała impreza sportowa. To przede wszystkim zjawisko sportowe, społeczne, kulturalne i socjologiczne na skalę nie tylko ogólnopolską, ale także międzynarodową. To wspaniała manifestacja zainteresowania sportem ludzi w różnym wieku (wśród zawodowców oraz amatorów w średnim wieku biegły dzieci, kobiety i mężczyźni, ludzie w podeszłym wieku, ale nadal młodzi duchem i niezwykle sprawni). To także pokaz mody narciarskiej, począwszy od nart, wiązań, butów i smarów, a skończywszy na ubiorach i innych gadżetach sportowych. To konsolidacja profesji zawodowych sportowców; swój bieg mieli leśnicy, energetycy, policjanci, hutnicy. Ten Bieg to jednak także wspaniała zabawa i radość z jego ukończenia.

Trasy Biegu Piastów prowadzą przez malowniczą część Gór Izerskich na wysokości od 800 do ponad 1000 metrów nad poziomem morza. Od 1995 roku należy do Europejskiej Ligi Biegów Długodystansowych Euroloppet, od 2008 do Światowej Ligi Biegów Długodystansowych (Worldloppet Ski Federation).

W tym roku też przygotowuję się do startu. Do tej pory udało mi się zaliczyć już pewnie ponad 100 km w pagórkowatych lasach niedaleko „pępka świata”, jakim stał się od kilku dni kamieniołom „Zachełmie” z powodu odkrycia w nim śladów tetrapodów. W chwili obecnej ważniejsze od nich są jednak moje i moich kolegów ślady, które tak mozolnie sobie wytyczyliśmy, by chociaż w niewielkim stopniu były porównywalne do tych jakuszyckich , kiedy to znowu będziemy walczyć ze sobą i ze sobą samym na kolejnym Biegu Piastów.

PS

Foto z mojego archiwum

1. Nasza drużyna z 2004 r.

2. W 2008 r. bez śniegu czekaliśmy na start zadowoleni schowani przed padajacym deszczem.

3. 2009 r. W tym tłumie także jesteśmy



piątek, 8 stycznia 2010

Zagnańsk: kamieniołom „ Zachełmie”, w którym odkryto ślady tetrapodów (Opis)







W dawnym kamieniołomie „Zachełmie” w gminie Zagnańsk młodzi kieleccy naukowcy odkryli odciski stóp i kości najstarszych czworonożnych zwierząt lądowych. Najnowszy numer prestiżowego tygodnika naukowego "Nature" poświęcony został temu niezwykłemu odkryciu w Górach Świętokrzyskich.

A oto garść informacji na temat kamieniołomu i jego otoczenia ode mnie.

Kamieniołom leży na terenie gminy Zagnańsk w Suchdniowsko – Oblęgorskim Parku Krajobrazowym u podnóża Góra Chełm, zwanej też Chełmową, która wznosi się na wysokość 399 m n.p.m. W zachodniej części wzgórza powstało rozlegle, pokopalniane wyrobisko w złożu dolomitu o głębokości 20 m. Ogólna powierzchnia wyrobiska wynosi 4, 56 ha. Można tu spotkać także gniazda rud żelaza i kalcytu..

Wydobywany był w nim kamień już XVII w. , a miejsce to, jak podaje w swojej książce pt. „Spacerkiem po Zagnańsku” miejscowy historyk Stanisław Janicki, znano także jako „Zagnańsk - Doły”. W pobliżu kamieniołomu stał młyn i prażak, w których przygotowywano z dolomitu tonik dla hut. Wydobywano także tutaj kamień m.in. do budowy linii kolejowej Radom - Kielce.

Po II wonie światowej eksploatację systemem odstrzałów w kopalni „Zachełmie” prowadziła Kopalnia Skalnych Surowców Drogowych w Wiśniówce. Rocznie wydobywano tu do 100 tys. ton kruszywa drogowego. Zasoby wówczas oceniano na ponad 8 mln ton.

Na zachodnim zboczu tuż za XVII – wiecznym kościołem stał piec szachtowy, w którym wypalano dolomit i łamano go na grysik. Jednak wybuchy w kopalni naruszyły stosunki wodne oraz zagrażały stabilności kościoła i linii kolejowej. Pod koniec lat 80. zaprzestano eksploatacji i kamieniołom zamknięto.

W 1987 r. ustanowiony został pomnik przyrody pn. „Odsłonięcie geologiczne na Górze Chełm”. Jego profil skalny jest o wysokości 20 m i długości. 50 m. Przedstawia on „zjawisko kontaktu warstw dolomitów ze zlepieńcami i piaskowcami oraz mineralizację skał węglanowych hematytem i barytem”.

Trzon „Odsłonięcia” stanowią szare dolomity środkowo dewońskie, tzw. „żywetu dolnego”, uformowane 385 mln lat temu. Natomiast otoczony jest on wiśniowymi piaskowcami i zlepieńcami permsko – triasowymi, które powstały 245 mln lat.

„Bezpośrednie sąsiedztwo tych odległych o 140 mln lat okresów geologicznych jest niezwykle ciekawe dla badań nad przeszłością geologiczną regionu świętokrzyskiego” – pisał w 2003 r. w swej książce „Spacerkiem po Zagnańsku” Stanisław Janicki, emerytowany nauczyciel miejscowego Technikum Leśnego, regionalista, z zamiłowania badacz dziejów Zagnańska.

Wierzchołek Góry Chełm porośnięty jest lasem mieszanym z przewagą modrzewia. Większość drzew spowitych jest bluszczem. Rośnie tu również dużo krzaków tarniny, głogu i dzikiej róży. Na samym szczycie, na który prowadzi wąska ścieżka, stoi betonowa wieża triangulacyjna. Obok niej znajduje się żelazna kapliczka. Na skraju lasu na zachód od szczytu, tuż nad kamieniołomem leśnicy z Zagnańska ustawili wysoki drewniany krzyż poświęcony papieżowi Janowi Pawłowi II.

Kilkadziesiąt metrów na południowy-zachód od kamieniołomu znajduje się kościół pod wezwaniem św. Rozalii i św. Marcina.. Najstarszą, barokową, część świątyni ufundował w drugiej połowie XVII wieku biskup krakowski Andrzej Trzebicki. Jego herb Łabędź widnieje nad wejściem od południowej strony. Na przełomie XIX i XX wieku kościół został powiększony od zachodu, a w latach 1947-1953 rozbudowany od wschodu. Wygląda obecnie tak, jakby się składał z dwóch różnych budowli. Z pierwotnej świątyni zachowała się część nawy i ołtarze z rokokową dekoracją. Stojąca w pobliżu kościoła dzwonnica zbudowana została z okazji jubileuszowego roku 1900.

W świątyni przechowywany jest ciekawy sztandar powstały w okresie manifestacji patriotycznych poprzedzających powstanie styczniowe. Na jego jednej stronie widnieje złamany krzyż z koroną cierniową i data 8 kwietnia 1861 roku. Tego dnia Moskale zabili około 200 uczestników demonstracji w Warszawie.

Góra Chełm i kamieniołom położone są kilkaset metrów od drogi z Zagnańska do Barczy. Najłatwiej na szczyt dojść ścieżką spod kościoła. Do kamieniołomu można natomiast dotrzeć od drogi prowadzącej od kościoła do wsi Zachełmie.

czwartek, 7 stycznia 2010

Zagnańsk: w wyrobisku po kamieniołomie w Zachełmiu odkryto ślady tetrapodów




Odciski stóp i kości najstarszych czworonożnych zwierząt lądowych odkryli polscy naukowcy prowadząc wykopaliska w dawnym kamieniołomie w Zachełmiu w gminie Zagnańsk. Najnowszy numer prestiżowego tygodnika naukowego "Nature" poświęcony jest temu niezwykłemu odkryciu w Górach Świętokrzyskich.


Agencje informacyjne oraz media kieleckie podały dzisiaj, że w dawnym kamieniołomie znaleziono skamieniałości i odciski stóp tetrapodów (czworonożnych kręgowców), które jak się okazuje są starsze o ok. 18 mln lat od najstarszych tego typu skamieniałości znanych nauce. Z pierwszych tetrapodów wywodzą się płazy, gady, ptaki i ssaki.
„W 2002 roku Grzegorz Niedźwiedzki z Uniwersytetu Warszawskiego w nieczynnym kamieniołomie w Zachełmiu w gminie Zagnańsk odnalazł odciski stóp i kości prehistorycznych zwierząt, nie badał jednak tego odkrycia. Dwa lata później Zbigniew Złonkiewicz ze świętokrzyskiego oddziału Państwowego Instytutu Geologicznego wysunął tezę, że ślady mogą pochodzić od najstarszych lądowych czworonogów. Kolejne badania, między innymi prowadzone przez szwedzkich naukowców z Uppsali, potwierdziły tezę Złonkiewicza” – czytam w dzisiejszych serwisach informacyjnych.


Od siebie:
Uff! Szukałem od kilku dni newsa, jakim mógłbym zacząć 2010 r., a tu jakieś dwa kilometry od mojego domu taka naukowa sensacja.

Nawet przez myśl nie przeszło, że znalezisko młodych naukowców, pochodzące z okresu dewońskiego, sprzed 395 mln lat, może się znajdować w miejscu moich i nie tylko moich, dziecięcych utrapień, kiedy to kruszenie dynamitem skał powodowało w promieniu nawet kilku kilometrów dygotanie szyb w oknach oraz nerwów mieszkańców. Potem po likwidacji kamieniołomu było miejscem młodzieńczych zabaw. I wreszcie od kilku lata jest to miejsce dorosłych spacerów. Jest ono niezwykle urokliwe.

"Waga tego znaleziska polega na tym, że są to bardzo stare tropy, pozostawione przez zwierzęta z czterema łapami i palcami, w osadach płytkiego morza i jego brzegu" - wyjaśniał dziennikarzowi PAP współautor artykułu, Grzegorz Niedźwiedzki z Uniwersytetu Warszawskiego. Jak dodał, oznacza to, że takie czworonogi istniały blisko 20 mln lat wcześniej niż do tej pory przypuszczano.
Taaak!
Myślę, że do tego tematu nie tylko z obowiązku dziennikarskiego będę wracał. Dzisiaj ograniczę się tylko do opublikowania kilku swoich zdjęć z 2003 r. kiedy to wówczas w wyrobisku skalnym spacerowałem sobie z żoną, nie przypuszczając, że beztrosko poruszamy się śladami najstarszych zwierząt na ziemi.